Ukryty wymiar (1997)

Paul W.S. Anderson to w pewnym sensie reżyser jedyny w swoim rodzaju. Kiedy wybrał branżę filmową, rozpoczął swoją karierę od trzech ciepło odebranych przez widzów produkcji. Mowa oczywiście o: Mortal Kombat (1995), Ukrytym wymiarze (1997) oraz Galaktycznym wojowniku (1998). Dalsza jego kariera, to już istna plątanina skrajności gatunków filmowych. Tutaj wspomnieć należy przede wszystkim o bardzo nieudanej próbie stworzenia ekranizacji na podstawie serii gier komputerowych znanej jako Resident Evil (w rodzimej Japonii: Biohazard), przeplatanej pojedynczymi produkcjami, które na szczęście nie doczekały się kontynuacji, zaś w ocenie recenzentów wypadały dość przeciętnie lub po prostu słabo. Dziś jednak chciałbym bardziej skoncentrować się na jego bazowym dziele, czyli Ukrytym wymiarze (ang. Event Horizon) z 1997 r., będącego zgrabnym połączeniem horroru i sci-fi, jednocześnie stojącego u podstaw kanonu tej hybrydy.

Fabuła filmu przenosi nas w przyszłość. Rok 2047. W erze fascynacji kosmosem i coraz odważniejszej jego eksploracji przez ludzki gatunek, statek Horyzont zdarzeń wraz z ekipą naukowców zostaje wysłany poza granice naszego Układu Słonecznego celem znalezienia odpowiedzi na proste pytanie – Co znajduje się dalej? Misja kończy się katastrofą,

Ukryty wymiar (1997). Reżyseria: Paul W.S. Anderson

po tym jak statek znika bez śladu w okolicach Neptuna. Po 7 latach od tragicznego zaginięcia ekipa ratunkowa na pokładzie okrętu Lewis and Clark, zostaje wysłana do zbadania tajemnicy Horyzontu zdarzeń. Okazuje się jednak, że z pozoru prosta misja naukowa przeradza się w prawdziwą walkę o przeżycie.

Film Paula W.S. Andersona będący niejako jego debiutem gatunkowym czerpie całymi garściami z dobrze znanych produkcji. Nie sposób nie wspomnieć tu o serii Obcy, a przede wszystkim o dwóch pierwszych częściach wyreżyserowanych kolejno przez Ridleya Scotta i Jamesa Camerona. Obydwu panów przedstawiać chyba nie trzeba. Dla Ridleya Scotta był to bez wątpienia pierwszy, kasowy film pełnometrażowy, którego realizacja zakończyła się pełnym sukcesem.

Ukryty wymiar (1997). Załoga statku Lewis and Clark.

Z kolei James Cameron reżyserując Obcy 2: Decydujące starcie, miał już swój pierwszy udany debiut za sobą – mowa oczywiście o Terminatorze z 1984 r. W filmie Andersona widać jak na dłoni schemat w jakim znaleźli się bohaterowie filmu Obcy: ósmy pasażer Nostromo (1979). Próba zaspokojenia ciekawości i odnalezienia odpowiedzi na nurtujące bohaterów pytania zaprzęga ich wprost do jaskini lwa. Nie są świadomi niebezpieczeństw, które na nich czyhają, zaś siła z którą mają do czynienia, przewyższa ich znacznie w każdym aspekcie. Walka, którą podejmują toczy się nie tylko na statku kosmicznym, ale także w ich głowach, bowiem starcie z nieznaną i nieprzewidywalną siłą wymaga wyzbycia się wszelkich dostępnych, jak dotąd tylko człowiekowi, uczuć wyższych.

Ukryty wymiar (1997). Scenografia zapierająca dech w piersiach.

Z kolei nawiązaniem do sequela pierwszej części Obcego są powtarzające się koszmary, które towarzyszą głównemu bohaterowi Ukrytego wymiaru – doktorowi Williamowi Weirowi (Sam Neill). Od początku widać, że traktuje on priorytetowo misję dającą nadzieję na uratowanie załogi zaginionego statku kosmicznego. Nic dziwnego, bowiem jedną z uczestniczek wyprawy statku Horyzont zdarzeń, była żona naukowca. Od czasu jej zaginięcia, doktora dręczą różne wizje, obwinia się on za utratę bliskiej mu osoby, będąc jednocześnie formalnie współodpowiedzialnym za niepowodzenie misji Horyzontu zdarzeń, jak i opracowanie napędu grawitacyjnego, pozwalającego na zaginanie czasoprzestrzeni, a który to sprawił że ów statek „zniknął” z naszej galaktyki na siedem lat. Podobnie jak dr Weir koszmary miewała przecież Ellen Ripley przed wyruszeniem na księżyc LV-426. To dręczące ją obrazy sprawiły, że postanowiła ponownie udać się na spotkanie z Ksenomorfem. Jednakże Anderson w swojej wizji posiłkuje się jeszcze jednym dziełem, właściwie to arcydziełem kina grozy. Oczywiście chodzi o film Lśnienie (1980) Stanleya Kubricka. Największym zagrożeniem dla człowieka jest on sam. Tak można, tylko pokrótce określić przekaz twórców filmu, wystosowany do widzów. W Ukrytym wymiarze nie mamy do czynienia z obcą formą życia czy demonem z zaświatów. To po prostu tajemnicza, niepohamowana siła z innego wymiaru, która niczym niepoznana dotąd choroba powoli opanowuje człowieka, jednakże nie tyle ingeruje w jego ciało lecz w duszę, niszcząc doszczętnie resztki ludzkiej świadomości. Załoga statku musi stoczyć walkę sama ze sobą, eliminując tych, którzy chcą faktycznie spowodować zagrożenie. A nie jest to łatwe, bowiem zło potrafi być bardzo przekonujące.

Ukryty wymiar (1997). Sam Neill jako dr William Weir.

Ukryty wymiar z pewnością nie zostałby ciepło odebrany, gdyby nie świetnie wykreowane postacie, w tym najbardziej charyzmatyczny dr William Weir. Trzeba przyznać, że Sam Neill odwalił kawał dobrej roboty, wcielając się w postać szalonego naukowca, burzącego wszelkie konwencje i schematy. To persona do bólu autentyczna, wierząca w to co mówi. Od początku jawi się jako autorytet, ze względu na ogromne pokłady wiedzy, którą dysponuje. Nieformalnie próbuje dowodzić misją, tocząc raz po raz spór z kapitanem statku, a jednocześnie podejmując próby zwrócenia się załogi przeciwko dowódcy okrętu Lewis and Clark– kapitana Millera (Laurence Fishburne).

Bez wątpienia tym, co sprawia, że chce się ponownie obejrzeć Ukryty wymiar to klimat filmu. Z daleka od Ziemi, na krańcu Drogi Mlecznej, na terenach gdzie nikt, nigdy wcześniej nie postawił stopy znajduje się garstka osób. Nie mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc z zewnątrz, są sami i zdani tylko na siebie. Wśród załogi znajduje się nowa osoba, jakby tego było mało to jednostka enigmatyczna i szalona jednocześnie. Skuta lodem niebieska planeta, na której tle świetnie komponuje się statek kosmiczny Horyzont zdarzeń zaczyna budzić obawy i niepokój. Mistrzowska scenografia – połączenie motywów futurystycznych z religijnymi, gra światłocieniem i kolorystyką, efekty specjalne, muzyka czy nawet niewielka dawka humoru to wszystko buduje stan napięcia i sprawia, że od ekranu telewizora nie chce się oderwać wzroku. Ogromny szacunek należy się twórcom także za to, że mimo iż mamy do czynienia z kinem sci-fi, to na pierwszym miejscu wciąż znajduje się fabuła, a nie forsowane bez umiaru komputerowe efekty specjalne, będące zmorą dzisiejszych produkcji.

Ukryty wymiar (1997). „Dr William Weir w poszukiwaniu przyczyny awarii statku”.

Z pewnością pozostaje mi polecić film Ukryty wymiar/Event Horizon – nie tylko fanom epoki vhsów, ale także współczesnego kina sci-fi. Pomimo licznej krytyki, głównie ze strony recenzentów, produkcja ta na dobre wpisała się w kanon tego gatunku. Oczywiście można wypomnieć Andersonowi wzorowanie się na prawdziwych arcydziełach gatunków, ale ostatecznie stworzył on jedną, dobrze skomponowaną całość, a wbrew pozorom nie jest to łatwe, tym bardziej dla początkującego reżysera. Szkoda tylko, że po pierwszych udanych produkcjach Anderson postanowił podążać innym tropem, zarzucając niemal całkowicie to, co stanowiło o jego sukcesie na początku kariery.

 


1 Gwiazdka2 Gwiazdki3 Gwiazdki4 Gwiazdki5 Gwiazdek6 Gwiazdek7 Gwiazdek8 Gwiazdek9 Gwiazdek10 Gwiazdek
(4 oceny, średnia: 8,25 na 10)
Loading...